16.03.2009 16:28
-
Czujesz tą truciznę, rozchodzącą się w twoich żyłach, Mahn? Tą palącą substancję, która powoli pęta twój organizm, zmuszając go do rzeczy, których nigdy w życiu byś nie zrobiła?
Droga Mahn, ta trucizna to właśnie nienawiść. Widzę, że otwierasz usta. Nie rób tego; milczmy. Nie ma nic piękniejszego niż cisza. Widzę, że ogarnięta jesteś rządzami, których nie umiesz pojąć. Proszę cię, zrozum, że jedyne co przyniesie ci teraz ukojenie to spokój. Spróbujmy złączyć się z przyrodą, poczuć każdy odmuch wiatru, zapamiętać cichy śpiew drzew; nie dajmy się pochłonąć teraźniejszości. Stańmy się jednością z ziemą, wsłuchajmy się w jej bicie! Jesteśmy teraz przeszłością i przyszłością. Nie ma teraźniejszości. Istniejemy jako obłoki....
Mam go w dupie. - Pomyślała Mahn. - Nienawidzę starego dziada.
[Chwilowo brak pomysłów na dalszy ciąg. KOchane pasjoneo wywaliło mnie, kiedy próbowałam zapisać resztę "wypocin". Z góry przepraszam za błędy, ale moja BETA (tak, to do ciebie, niewierna!) zrobiła sobie wolne i wyjechała gdzieś na Wyspy Leniwe. ]
26.01.2009 22:11
-
[Wersja niepoprawiona. czytasz na własną odpowiedzialność. Prawdopodbnie pozbawiona sensu. Przedstawiłam tu moje osobiste uczucia, więc nie musisz nic rozumieć xD]
[ Pff. ..]
Wiatr.
Jedyne co wtedy istniało. Po raz pierwszy czułam tą schynchronizację ze zwierzęciem - każdy krok mojego wierzchowca był moim krokiem, nasze ciała zlały się w jedną nierozerwalną całość. Czułam, że moja skóra porosła brązową sierścią stając się jednością z końskim organizmem. Słyszałam jedynie szum wiatru i odgłos kopyt zagłębiających się w ubitej ziemi. Drzewa zmieniły się w zielono-brązowe smugi. Nozdrza wypełnił mi słodki zapach końskiego potu....
Jechałam kłusem, ocierając palce o ostrą grzywę mojego rumaka. Druga godzina jazdy terenowej, w czasie takiego skwaru to nie lada wyzwanie. Popędziłam konia delikatnym dodtknięciem łydki. Wybijający kłus zmienił się w płynny galop. Przyjemne uczucie nie trwało jednak długo - ściągnęłam lejce tuż przed ciemnym zadem klaczy jadącej przede mną. Westchnęłam ciężko - jazda w zastępie męczyła mnie tak samo jak i mojego konia. Poklepałam szyję rumaka i zanuciłam cicho piosenkę.
Ktoś coś krzyknął i wybuchło zamieszanie. Siwy koń - prowadzący zastęp - wystrzelił na przód dzikim cwałem. Kolejne zwierzęta poszły w jego ślady. W końcu pozostałam tylko ja, obserwując jak wszystkie konie biegną na złamanie karku. To była okazja, której nie mogłam przegapić.
Usiadłam mocniej w siodle i ścisnęłam wierchowca łydkami. To, co wydarzyło się potem można porówanać jedynie do snu - na początku czułam każdą nierówność drogi. Koń przyśpieszał i przyśpieszał. W końcu jedyne na czym mogłam zaczepić spojrzenie to kasztanowaty zad konia przede mną, do którego zbliżałam się z zaskakującą szybkością. Przestało się dla mnie liczyć własne bezpieczeństwo, a pojawiła się irracjonalna chęć wyprzedzenia innych koni. Czułam, że jestem do tego zdolna - rzuciłam cugle, a klacz przyśpieszyła jeszcze bardziej. Każdy następny rumak, którego mijałam został zdegradowany do pozycji nic nie znaczącego owada na przedniej szybie samochodu. W końcu byłam wolna - wyjechałam na zieloną łąkę. Teraz mogłam zwolnić.
Nasze serca - moje i klaczy - wykrzykiwały teraz tylko jedno słowo: zwycięstwo.
Zwolniłam i zatoczyłam kilka kół czekając na resztę zastępu, wyłaniającą się z lasu. Kilkukrotnie koń zarzucił zadem, pokazując w ten sposób, że dla niego zwycięstwo też jest słodkim nektarem, którym się upaja. W końcu zatrzymałyśmy się, a uczucie idealnego połączenia zniknęło, pozostawiając po sobie cienką nić porozumienia - które gdyby nie mój wyjazd, stało by się najpiękniejszą nicią pod słońcem.